tytuł:wszysko

Sobota, 19.Lutego.2011, 21:19

Jakoś wypadałoby znów coś napisać. Tyle, że dla odmiany nie będzie żadnego długiego tekstu. I tak niewiele osób to przeczyta. Oczywiście nie twierdzę, że dla tej garstki, która by jednak zaznajomiła się z tym tekstem, nie warto. Niby warto, warto, ale jakoś mogę im te twory moje dać do ręki niż je wrzucać tutaj. I śmiecić i odstraszać ludzi dużą ilością trudnego tekstu.

Ludzie średnio lubią myśleć. Generaline wolą podane na tacy. Srebrnej. I udekorowane świeżym, pachnącym kwiatuszkiem oraz z bilecikiem, który w nieskomplikoawny sposób wyrażałby zachwyt nad odbiorcą.

Czy ja znów coś fanatycznie bredzę?

Za mało konkretnie się stanowczo ostatnio określam. I coś mi ostatnio zdania się nie układają, na przykład to poprzednie. O_o

Generalnie u mnie lipa. Lipa ciągnie się już od jakiegoś czasu i raz jest zaskakująco nisko a raz w normie. Rzadko kiedy poza tę lipę mój stan wychodzi...

Jednakże! Ostatnio sytuacja się zmieniła i mój stan wewnetrzny jest właśnie poza tą lipą. A to za sprawą najbliższego joba, jaki na mnie czeka w piątek.
Jestem tak podekscytowana, rozemocjonowana i w ogóle poruszona, że cały czas o tym myślę. Matko, nie doczekam się tego piątku....

Ostatni mój job (i w sumie pierwszy) polegał na byciu kotem w Galerii Jurajskiej w Częstochowie dnia 13.02. Stałam na takim podeście i udawałam, że nie żyję. W sensie nie ruchałam się. A ludzie ciągnęli mnie za ogon, robili uwagi koło mnie, jakbym nie miała uszu i nie słyszała, siadali, zagadywali, pytali o numer telefonu, imię, ile mi za to płacą, proponowali psychotropy, pytali czy mogą se pstryknąć zdjęcie...
Czasem bywały anomalie, ale generalnie nic poważnego się nie wydarzyło.

Teraz moja robota ma być znacznie bardziej znośna, mniej kompromitujaca i bardziej ruchowa. Szczegoółów nie zdradzę:D

MoBu też tam będzie! Tzn. musi tam być. Słyszysz Mobu? Musisz! Mushish!

Zastanawiam się, czy powinnam pisać tu o moich aktualnych miłostkach. Temat bardzo interesujący, jednakże w pełni opisanie go, zajmuje wiele czasu, energii, a efektem byłaby kolejna długa praca pisemna. A tego byśmy nie chcieli póki co prawda?^^

Ograniczę się tylko do orzeknięcia, że moje miłostki nie są składają się z krwi i kości, tylko z atramentu, papieru i wyobraźni. Ew. z projekcji wideo. Ew. z krwi i kości, tyle, że w grobie. Czyli bez krwi. Pruchło. Truchło. Czy jakoś tak...
Podły rodzaj kochania, ale jakże bezpieczny!

Ostatnio były walentynki.
Ten temat proponuję uczcić chwilą ciszy.
...
I wirtualnym zniczem.
[*]
Nawet nie jest zdobiony.
Tylko na to zasługuje to święto.

(Nagle wszystkim facetom przypomniało się, że mają swoje kobiety i że wypadałoby kupić im kwiatka i zrobić tego rodzaju przyjemność!)

(Szczerze pragnę żłożyć moje kondolencje wszystkim osobom, które spędziły Walentynki na randce ze swoim wybrankiem w Mc Donaldzie)

(Bardzo przykro mi z powodu wszystkich kobiet, które nie doświadczyły tego dnia od swoich mężczyzn kultury oraz taktu, ustąpienia miejsca, podania płaszcza, przytrzymania drzwi, puszczenia kobiety przodem, braku przekleństw w jej obecności)

eee. Tego wszystkiego w nawiasach nie miałam napisać, bo nie chciałam się rozwodzić nad tym tematem... Dlatego dałam w nawias :D
Tego tam nie ma. ćś.

Żeby nie kończyć takim żałosnym tematem, zakończymy to tematem o... e...
y...
Tegono...

...pogodzie.

Generalnie zimy nie ma i chyba już nie będzie, na przekór bzdurnej paplaninie meteorologów. Nawet nie wiem czy dobrze napisałam to metecośtam. Bzdurna nazwa, bzdurna gadka, w sumie logiczne.

Czy wszystko co się bzdurnie nazywa jest odrazu bzdurne?

O tak, to będzie taka myśl dla Was do następnej notki;P
Oh głęboka nieprawdaż?
Oh zmuszam ludzi do myślenia!
Oh nie!
Oh ja podła!
Oh ale bredzę!

Dobra, wiem, że macie mnie już dość:D
Żegnam i pozostawiam Was
z pewnym obrazeczkiem.
Jest na nim jedna z moich aktualnych miłostek.
V <3


< tu powinien być obrazek, ale pracuję nad tym pieprzniętym mylogiem, który pozmieniał mi niektóre rzeczy i teraz mam problem z dodaniem durnego obrazka.......>




tytuł:disco

Wtorek, 25.Stycznia.2011, 09:54

Cześć i czołem!
Przyjechałam!
Dorzucę wam nawet zdjęcie jak tam było w pierwszy dzień.
Ładnie słoneczko, parę ciekawych akcji, ale nie nie.
Dziś nie będę tutaj nic opowiadać z tego.
Nie jestem połamana, ból mi przeszedł i jest cacy.
Generalnie w dzień mojego przyjazdu do kraju była impreza:
Półmetek.
O właśnie i o nim będzie dziś mowa.

Tak, tą gondolką sobie jechałam.^^



A więc.

Przedmiotem moich dzisiejszych rozważań będzie niedzisiejsza impreza półmetkowa mojej szkoły. Zapał był, dobry humor również. Niby wszystko, co potrzeba do dobrej zabawy. Piwka na dobry start też nie brakło i tym sposobem rozanielona wstąpiłam do klubu, gdzie powitał mnie radośnie ochroniarz żądający mojego dowodu tożsamości. Po co mu był - do teraz nie wiem. Drugi ochroniarz był jeszcze radośniejszy. Gdy podałam mu swoją wejściówkę - chyba wyżył się na niej za wszystkie wyrządzone mu krzywdy w życiu zrywając miejsce z kodem kreskowym. Dodatkowo obrzucił mnie ostrzegawczym, mroźnym, cudownie przyjemnym i ciepłym wzrokiem. Nie bardzo wiedziałam, o co mu chodzi. Dopiero mój chłopak wyjaśnił mi z uśmiechem, że mu się nie spodobałam.
Niepomierne zdziwienie odmalowało się na moim fizys. A to bo czemu miałam mu się jakoś spodobać? Czy on tam nie ma stać, dbać o moje bezpieczeństwo i sprawiać bym nie czuła się zagrożona? W końcu płacą mu chyba za ochronę, a nie za selekcję?
Ah to powołanie zawodowe. Ludzie pracujący zaskakują mnie coraz bardziej.
W porządku. Rozpłaszczyliśmy się w szatni, za którą należało płacić 2 złote od rzeczy. Byłam wdzięczna, że nie policzyli mi osobno za czapkę i dwie rękawiczki. Kobieta po drugiej stronie wysokiej lady również nie była przyjemnie nastawiona do świata. Lekko podstarzała, zniszczona przez papierosy, o twarzy, na której ni widać było żadnego wymalowanego uczucia, jedynie obojętność tworzoną przez makijaż. Nawiasem makijaż bez subtelnego wyczucia.
Generalnie od razu wyczułam, że ze mną jest coś nie tak. Źle się ubrałam, źle wystroiłam. Jakbym pomyliła imprezy. Czarna, męska koszulka z krótkim rękawem, przedstawiająca zespół gothic metalowy. Buty z metalowymi okuciami, których w czystej teorii nie można było wnosić do klubu. Zdecydowanie się nie wtopię w tłum, pomyślałam.

Już od wejścia moje uszy pogwałciła marna namiastka muzyki. Ja to nazywam techno. Nie orientuję się w tysiącach jej bzdurnych odmianach. "Muzyka" zasiała drobny niepokój w moim wnętrzu, który nasilał się jak tylko zbliżałam się do głównej sali.
Na początku niewiele uwagi poświęciłam otoczeniu, gdyż zajęłam się szukaniem znajomych z klasy. za sceną, koło barku, wszystkich przywitałam z nieukrywaną radością, po czym zorientowałam się, że gdzieś zgubiłam mojego chłopaka i moją żonę. Musiałam wrócić na salę ich znaleźć. Żona pognała ze swym kochankiem i drugim wysokim kochankiem jej kochanka strugać. Zostałam sama, jednak szybko odnalazłam swojego chłopaka i dawnego kumpla. Niestety nie było to najlepsze miejsce do prawidłowej egzystencji. Pierwsze kanapy po lewej stronie od sceny, na przeciw głośników, na skos od djów, a z boku - zamtuz w wiecznej fazie prezentacji swych usług.
(sprawdź sobie co znaczy zamtuz człowiecze)

Nie mogłam długo na to patrzeć. Dźwięki wwiercały mi się w ciało, otoczenie odpychało i jedynie gdzie było w miarę spokojnie to między ramieniem a szyją mojego kochanka. Co zawitałam do tej oazy bezpieczeństwa, to od niech odchodziłam znów spoglądając z odrazą na parkiet.
Wiły się, dwoiły i troiły. Wszędzie. Gdzie nie spojrzeć. Wirujący tyłek, wyrzucana pierś do przodu, chowana i znów gwałtownie wyrzucana. Włosy rozwiane w chaosie, oczy przymknięte. Niektóre miały swych mężczyzn. Przygarbieni, z biodrami wysuniętymi maksymalnie, by ocierały się o wygięte ciała swych dziewczyn. Oczy przymknięte.
Ja też przymykam oczy i znów odwracam głowę nie mogąc wytrzymać.
Ogarnia mnie strach. I to właściwe chyba słowo na określenie moich uczuć. Strach. Nie wiem przed czym. Do teraz nie jestem w stanie tego określić. Przed tym, że ta prymitywnie zachowująca się banda mnie pochłonie? Przed tym, że zobaczy, że jestem inna i mnie pochłonie?
Znów odwróciłam głowę.
Chciałam, żeby mnie objął mocno i nie puszczał. I żeby przestał uderzać nogą w rytm "muzyki". Manifestował tym jakby częściową przynależność do tego grona. Nie chciałam, żeby był jak oni.
Broń mnie.

Znów się odchyliłam. Usiadłam prosto i stawiłam ponownie czoła tej bezmózgiej masie prymitywów. Postarałam się dostrzec w nich coś więcej niż manifestantów obrzydliwego seksu, przedmiotowego pożądania i upodlenia godności człowieczej...

Może niektórzy dobrze się uczą?
Może mają zdolności matematyczne?
Może chcą w przyszłości zostać... lekarzem?
Może lubią czytać?

Więc co oni tu robią?

coś mi podpowiada: bawią się.

I pochłaniają mnie kolejne refleksje. Nad beznadziejnymi formami zabawy w tych czasach.

Aha. Co ja tutaj robię? Znów skryłam się w objęciach 'Janka'. Pierwszy raz jestem na imprezie, odpowiadam sobie.

Ponownie wróciłam do tych ludzi. Albo raczej powinnam powiedzieć zwierząt. Janek zaczął mi przybliżać ten świat. "Tutaj po lewej widzimy imprezową kurwę, która przeliże się z każdym, kto podejdzie". "Fajnie tańczy tylko ta w tych krótkich spodenkach". "Ta w tym podkoszulku też się kurwi". "skądwiesz?". "Zaraz jej cycki wylecą."
Obserwowałam 'kurwę' po lewej, która całowała się z łysym. Został przy niej jeszcze, jakś czas, nie wiem ile bo potem odeszłam stamtąd. Dziewczyna w krótkich spodenkach wcale nie "tańczyła" fantastycznie. Mało wywijała swoim ciałem. Przynajmniej na taki moment jej pokazu widziałam. Nie wiem też, po czym poznał, że panna w podkoszulku się kurwi. Wychodziły jej piersi, owszem. Ale to było powszechne zjawisko. Wszystkie się kurwią?
Jakie to jest kolokwialne określenie.... Próbuję znaleźć bardziej kulturalny zamiennik. Zezwierzęcają się. Tylko to mi przychodzi na myśl.
Tutaj atawistyczne instynkty biorą górę nad ludzkim rozumem i godnością.

Najtrudniej było przecisnąć się przez ten tłum. Obijałam się o nich, ocierałam, deptałam i każde przemierzenie sali kończyło się westchnieniem ulgi. Próbowałam nawet obrać jakąś taktykę przejścia przez 'tańczących'. Z boku wyglądało to pewnie komicznie, jak usiłowałam upłynnić ruchy wciskając stopniowo ciało w tymczasową wolną przestrzeń. Ten sposób był nawet dobry, ale wymagał ode mnie zbyt wiele wysiłku, zgrania, skupienia i postawiłam na stanowczy marsz czasem z przystaniem i poczekaniem, aż łaskawie dziewczyna, która zastąpiła mi drogę się usunęła, a czasem z odgarnieniem jej stanowczym ruchem w stronę tłumu.

Pamiętam wzrok pewnej delikwentki, którą posunęłam zdobywając się na maksymalną delikatność. Odwróciła się jak oparzona, spiorunowała mnie wzrokiem, a wyglądała jakby w każdej chwili mogła się na mnie rzucić z pazurami... Chyba gdyby nie to, że byłam wyższa, stałam sztywno jak widły w gnoju tworząc niesamowicie efektowny kontrast z falującą salą.
I ruszyłam dalej.

O kolejny szok przyprawiła mnie wiadomość, jakby, że pod moją nieobecność podeszła do mojego chłopaka dziewczyna z konkretnym zapytaniem, czy nie chce "przelizać się" z nią. Z moich informacji wynika, że odmówił. Zresztą, nie była zbyt urodziwa.
Co do urody dużo spostrzegłam w ubikacji, kiedy to gro dziewcząt poprawiało swój stan ogólny, makijaż i różne inne dziwne rzeczy. Przyjrzałam się im. Zbyt grube ramiona, garbaty nos, lekko wysunięta szczęka, brzuszek, małe piersi.
Miałam nieodparte wrażenie, że odbiegały od ideału, za którym goniły i który naśladowały.
A może myślę stereotypowo?
Może potrzebują akceptacji? I tego poczucia szukają wśród mężczyzn, którzy też tutaj "balują". Tacy, których najchętniej bym rozniosła. Brak poszanowania kobiety, brak kultury, wyczucia taktu, nachalność, a ich największym osiągnięciem zasługującym na miano "dżentelmenta roku", jest postawienie piwa.
I oni mają im dać chwilowe poczucie akceptacji, manifestowane poprzez gotowość do zbliżeń. Nierzadko obcesowych.
Poczułam odium. Czuję do teraz. To uczucie trwa przy mnie wiernie.

Nie wychodziłam na parkiet tańczyć. (przyznam się 1.nie umiem w ten sposób 2. nie lubię) I wcale nie żałuję. Na domiar złego dowiedziałam się, co się działo, gdy tam zaszło się pobawić. "Tańczącą" sobie beztrosko dziewczynę potrafił złapać za biodra ni stąd ni zowąd jakiś nieznany nikomu, często paskudny natręt również świetnie się bawiąc. Ukłony w stronę mojej żony. Aż zazdrościć powodzenia! Żona stawała, odwracała się do delikwenta i patrzała wzrokiem pełnym pogardy i alarmu. I jeden się odsunął, drugi nieco oporniej...
Na szczęście miała też swojego wybawiciela - kochanka, który zaraz znajdował się obok niej.
Przypomina mi to trochę walkę o samicę w stadzie zwierząt w czasie, kiedy każdego samca rozpiera chuć.


Prymitywnie.


nic więcej nie jestem w stanie napisać. to chyba wszystko co mnie zbulwersowało. uh.








tytuł:shit

Sobota, 15.Stycznia.2011, 22:59

Witam!

I w sumie żegnam, bo w niedzielę wyjeżdżam do Austrii na narty, a czuję się fatalnie.

Dla MoBuś, która wiernie jak piesio czekała na tę notkę dostanie obiecanego skÓbi Hrupka.
Tyle, że jeszcze go nie znalazłam...
Obrazeczka...
:|
ale pracuje nad tym!

W ogóle MoBu tak się felernie złożyło, że mój wywód teraz będzie o psach...
Nie odnieś tego do siebie rozumiesz...
Sama się nieświadomie mianowałaś psem przed tą notką... ;p

Generalnie no!
Nie będzie mnie - nie będzie odpisywania na komentarze.
Ale przyjade... nadrobięę...;)

Jak się podoba nowy szablon gawiedzi?;>

.EDIT:
MoBe znalazłam skUbi HruPka.
Tyle, że musisz zabrać skUbiemu.
Bo Ci je wszystkie zje-_-'





Przyjemnej lekturki!


Ostatnie dwa dni spędziłam w domu obserwując świat przez okno 7 piętra. Niewiele szczegółów widać z tak wysoka. Zima powoli zaczęła ustępować. A ja przypomniałam sobie jak bardzo nienawidzę wczesnej wiosny, kiedy wyszłam z bloku z zamiarem pójścia na niedzielną mszę.

Gdyby to był film a nie życie - stanęłabym jak wyryta i z szoku nie potrafiłabym się ocknąć przez dobre pół godziny i walczyłabym w środku ze sobą i wahałabym się, czy aby nie byłoby lepiej jakbym się wróciła do bezpiecznego mieszkanka. Nie, nie. To było życie i ostrożnie ruszyłam chodnikiem przed siebie. Po mojej lewej stronie mieścił się trawnik.

Trawnik miał tylko w nazwie coś z trawy, ponieważ to jak wyglądał teraz kompletnie nie przypominało zielonej, zwiewnej pachnącej przestrzeni pokrytej gęsto zdrowymi, kołyszącymi się źdźbłami. Obszar ten przypominał raczej efekty po psich zawodach. Główną konkurencją było zapewne "jak najwięcej odchodów w jak najkrótszym czasie". Nie zabrakło również atrakcji dla ludzi, którzy pozbawieni kompletnie poczucia estetyki, kultury i poszanowania planety nie znajdując kosza na śmieci w obrębie dwóch metrów od swej ręki - zużyte produkty wyrzucali przez lewe ramię - na szczęście.
Nie wiem na czego pragnęli z tym szczęściem, ale chyba nie na to, że ktoś wleje im trochę rozumu do głowy. A szkoda.

Nie, to nie był festiwal dla psów i ich właścicieli. To były pozostałości po sylwestrze i spacerach ze swymi pupilami. Gdzie mój wzrok nie sięgnął - wszędzie po kilkanaście psich odchodów, parę butelek po piwie, dwie po soku, papierki. Gdzieniegdzie śnieg, który trzymał się tego bagna ostatkiem sił. Widok tak przygnębiający i na dłuższą metę podnoszący treść z żołądka kazał mi odwrócić wzrok i skupić swe rozważania na bezmyślności i głupocie ludzkiej. Znalazłam kolejny dowód na poparcie moich przypuszczać. Zresztą nie trudno znaleźć potwierdzenie. Wychodzą ze swoimi psami, pozwalają im srać gdzie popadnie, patrzą w drugą stronę i odchodzą jak gdyby nigdy nic. Kompletny brak poszanowania obszaru wspólnego. Lenistwo i przekonanie "wszyscy tak robią". A raczej nie robią.

I tutaj pojawia się kwestia narzekania na Polski naród przez Polaków, którzy z upodobaniem powtarzają, że jesteśmy "sto lat za murzynami". Polacy potrafią wyrażać swe szanowne odium na głos w związku z naszym krajem, ale żeby samemu podnieść standard do zachodnich wytycznych... Pomarz sobie.
Zatęskniłam za zimą, która bielą śniegu przykrywa cały burdel tego świata. Ukrywa każdy brud pod puchem i świat staje się taki pozornie niewinny jak dziecko. Cudowny płaszczyk ułudy. Jak dobrze znany nam ludziom. Ile rzeczy ukrywamy pod narzutą dobroci, szczytnych celów i pomocy innym?

Natknęłam się na kobietę ze skarbonką, na której naklejone było czerwone serduszko. Momentalnie wydobyłam z kieszeni naszykowane dziesięć groszy i otrzymałam w zamian naklejkę. Zadowolona w ten sposób zdobyłam jeszcze 4 takie. Napawałam się tą moją drobną nieuczciwością. Nie wierzyłam tym pajacom. Nie wierzę Owsiakowi w jego bezgraniczne oddanie dla sprawy. Kręci cudowny interes - w to sobie wierzę.

Wychodząc z kościoła po obu stronach wejścia ustawił się rządek młodych ze skarbonkami. Było ich około 7 z każdej ze strony. Spowolnili wyładunek ludu z budynku sakralnego. Mój towarzysz szepnął mi z uśmieszkiem do ucha, że zna paru "skarbników". Mają przejarany umysł i ciekawe ile z tego pójdzie do ich kieszeni.

Pod przykryciem, w ciemności, pod białym puchem, w ciszy.

A Ty sobie wierz w co chcesz.





i tak oto powstał ten tekst, jednakże po jakimś czasie...

Czekałam na pewnego chłopaka przy cmentarzu. Z nudów chodziłam tam i z powrotem. Nawet rzuciłam okiem na regulamin cmentarza. I zaczęłam sobie czytać... I gdy właśnie kończyłam punkt odnoszący się do zakazu wprowadzania psów na cmentarz - moją uwagę przykuł... tak. pies.
Swobodnie, zwyczajnie sobie hasał obok pana i zdecydowanie nagle zapragnął oddać matce ziemi swój przetrawiony ostatni posiłek. Przycupnął wdzięcznie na skraju dróżki prowadzącej przez środek i... już po chwili mieliśmy twardy dowód. Parę twardych dowodów.
Ciśnienie mi skoczyło. W duchu postanowiłam, że do niego podejdę i mu coś powiem i gdy już miałam ruszyć... mężczyzna... Wrócił się, schylił, ulepił kulkę śniegową i w niej zawarł psie odchody, po czym trzymając ją w dłoni okrytej zwyczajną zimową rękawiczką - odszedł w stronę wyjścia.

Pierwszy raz w życiu widziałam takie coś.
Stałam osłupiała.

Cóż...
Byłam pełna podziwu dla tego gatunku zagrożonego wymarciem.